Dobra Noc

Kiedy noc zaprzyjaźni się z człowiekiem, nie pozwala mu zasnąć. Leży więc nieborak taki, czekając, aż szafa w pokoju zacznie nabierać konkretnych kształtów, a regały pełne książek wyjdą z najgłębszego mroku; gdy świt zapuka do okien. To jest cykl, period tak stary, jak świat. A jednak za każdym razem niepowtarzalny, na tyle oderwany od rzeczywistości, na ile to tylko możliwe. Albo jeszcze bardziej. Ta spekulatywność nocy, z niczym nieporównywalna, daje niebywałe, nieograniczone wręcz możliwości. Możliwości obcowania z wyobraźnią, deklinacji wszystkich precedensowych myśli… Gdybym miał wskazać moment, kiedy kształtuje się światopogląd ludzki, bez wahania wybrałbym noc. Tę najciemniejszą, gdy pod wątpliwość poddawane jest jakiekolwiek istnienie – na czele ze swoim oraz w tę księżycową, upstrzoną rojem gwiazd czy innych świetlistych ciał niebieskich.
Ona jest melancholijna. Nie ma w niej miejsca na ogromne uniesienia, eskalację radości, krzyki zachwytu. To tak jakby przez Najświętszą Katedrę (a niechże ona będzie – i wierzę, że jest! – dla każdego z nas kimś lub czymś innym) przemaszerował pstry, hałaśliwy i plastikowy zespół muzyczny, znany z telewizji. Profanacja, rozumiecie.
Więc gdy leżę nocą, czekając aż szafa zacznie nabierać konkretnych kształtów, a regały pełne książek wyjdą z najgłębszego mroku (nie, nikomu się nie spieszy, wręcz przeciwnie – choć oboje zdajemy sobie sprawę z efemeryzmu), mam świadomość ściśle wewnętrznego eskapizmu, wytworzenia wokół siebie azylu, bezpiecznej przystani, wysepki na morzu. Czasem z czysto pragmatycznych pobudek, ale zwykle – bo po prostu to lubię.

Nie muszę pisać nic więcej,
życzę dobrych Nocy.

Tusk w Upsurdzie Polskim!

Czego się przed chwilą dowiedziałem – nie uwierzycie. A jak nie uwierzycie, to co Wam będę gadał…

No dobra, powiem, ale w ścisłej tajemnicy. Tak ścisłej, że hej. Otóż premier Polski, Donald Tursk, może już niedługo zagościć w naszym nocniku (dziennik conocny) – w Upsurdzie Polskim! Tak, tak! Nie przecierajcie oczu, nie stukajcie się w czoło, nie kąpcie się też w kwasie solnym – to nic nie da. Ja nie rzucam słów na wiatr, podobnie jak Jarosław Kaczyński, szef opozycyjnej (opozycyjnej do wszystkiego i wszystkich) partii.

Cytat dnia

Cytat dnia

Okej, trochę konfabuluję, ponieważ Jarek rzekł tylko, iż, cytuję: “Tusk może się obudzić z głową w nocniku”. Niby żadnej głowy obecnie nie potrzebuję – mam swoją oraz kilka egzemplarzy głów – byłych – wrogów, no ale premierowi odmówić nie wy pada. Niechże wpada cały, albo w częściach. Prawdę mówiąc nie interesuję się polityką, nie wiem, co posłowie w sejmie wyczyniają, nie śledzę ich dokonań, porażek czy sukcesów, wierzcie mi lub nie – nie wiem nawet, z kim sypiają (rozumiem, wstyd. Ale mnie to naprawdę nie interesuje), czy mają nieślubne dzieci. Trudno mi także powiedzieć, kto jest matką dziecka Anety Krawczyk.  Salony, wielki świat wielkich ludzi – nie, to nie dla mnie. Ale jak kto chce pogadać, pośmiać się, ma nieco czasu, by deliberować nad sprawami filozoficznymi – nie ma problemu, ugoszczę, nocleg dam, wyżywię. Ba, wychowam także! Donaldzie (chyba mogę zwracać się doń po imieniu?), wskakuj w samolot, czy co tam masz pod ręką (choć jak masz na przykład pod ręką filiżankę albo wiertarkę – nie wskakuj na to. Nic to nie da, z góry mówię) i przybywaj do redakcji Upsurdu Polskiego!

Dziwaków nigdy za wielu!

Ach! Wspaniała wiadomość! Donek w Upsurdzie Polskim!

Ach! Wspaniała wiadomość! Donek w Upsurdzie Polskim!

Zastanawia mnie tylko, dlaczego – Donku drogi – masz się OBUDZIĆ z głową w nocniku… Chyba że będziesz spał w podróży… Bo nie myślisz o hibernacji…? Ty tam lepiej nic nie kombinuj. Przyjedź cały i wyspany.

Limeryk

Pod wpływem środków odurzających i pierogów z borówkami, nocą poprzednią spłodziłem limeryk, stając się tym samym duchowym i lirycznym spadkobiercą myśli Juliana Tuwima (ten notabene urodził się tego samego dnia, co ja – jeno dziewięćdziesiąt kilka lat wcześniej), Wisławy Szymborskiej czy Stanisława Barańczaka, którzy to parali się tym trudnym rodzajem twórczości. (Nie żebym wcześniej limeryków nie pisał – ale tamte zginęły w starych zeszytach; zeżarł je kurz, roztocza, pochłonął marazm…) Mało tego! Albo i nie. Dość tego. Oto limeryk:

Była sobie babka,
Co szturchała dziadka,
Babka zdechła w zeszłą zimę,
Dziadek smutą zrobił minę,
Szturcha go sąsiadka.

Weselę. Się.

Mówią, że lepiej słuchać rozumu niż serca. Tacy jak ja nie mają jednak problemu – z braku alternatywy słuchają tego drugiego.

Więc wierzyłem w odrodzenie polskiej piłki – bo serce podpowiadało mi, że w tym roku musi się udać – jeżeli nie zawojować Europę, to choć zamieszać w – ech, niech ją szlag trafi – Lidze Mistrzów. Lecz pojawił się kolos, nazwa jego to Levadia. Gigant ów przyszedł ze wschodu, wygrał i odszedł. Nie pastwił się nad naszymi grajkami zbytnio, po prostu ukąsił dwa razy. Wystarczyło.
A teraz? Teraz śmieję się do rozpuku. Nie wiem, jak ów rozpuk wygląda. “Dośmieję” się doń, to z pewnością wam o tym napiszę.

Dejwid też nie może uwierzyć

Dejwid też nie może uwierzyć

Śmieję się, bo niby co pozostało? A, pewnie, pozostało nieskończenie wiele czynności, jak choćby wynoszenie śmieci albo przykręcanie karniszy. To jednak nijak ma się do dzisiejszego wiekopomnego wydarzenia.
Najdziwniejsze jest to, że gdy za każdym razem zdaje się, iż polska piłka osiągnęła dno ostateczne, betonowe – to przychodzi kolejny sezon, który mówi: “Słuchajcie! Wystarczy skrobać pazurami odpowiednio długo, by doskrobać się pod dno, tworząc tym samym drugie dno! A później trzecie, czwarte, piąte… Dacie radę!”
Z moich obliczeń i analiz wychodzi, że polska piłka znajduje się gdzieś pomiędzy dnem numer 26151 a 72625. Szkoda.

Ale przynajmniej jest się z czego pośmiać. Rany, jak wiele zależy od nastawienia…
Tylko czasami żal, że śmiechu używamy zwykle w reakcji obronnej – taka mentalna palisada, ostatni bastion przed łzami.

Nic to. Cieszmy się, że mamy mocną koszykówkę, hokej oraz że Kubica pewnie zmierza po tytuł. Jakiś tam tytuł.

Jest tak gorąco…

Jest tak gorąco, że rozpuszczone myśli dryfują po mózgownicy. Uciekają później przez uszy i lecą bezładnie w świat. Nic dziwnego, że czasami wpadnie nam do głowy jakaś dziwna, na pozór z niczym niezwiązana idea. Co się okazuje? Otóż są to… cudze myśli. Pewnie nie raz mieliście coś podobnego. Idziecie do spożywczaka, pod nosem powtarzając listę zakupów. Nagle, ni stąd ni zowąd dostajecie olśnienia: “Tak – konstatujecie gdzieś między bułkami a przyprawą do zup – już wiem, jak doprowadzić ludzkość do czwartego typu w skali Kardaszewa!”. Skaczecie z radości, wymachując łapskami. Na ziemię sprowadzają was dopiero cokolwiek dziwne spojrzenia przechodniów. Kiedy indziej budzicie się nocą z niepokojącą myślą, że zapomnieliście zamknąć samochód. Zaspani, rozczochrani, w piżamie i bez butów wybiegacie z domu, pędzicie co sił w nogach do garażu. Uważacie też, żeby nie potknąć się o tę wystającą płytkę przy wejściu. Nagle – konsternacja. Przecież nie macie garażu. Ba, w ogóle nie macie samochodu.

Czytaj dalej »

Prześmiewcza komedia

Nie oszukujmy się. Gros utworów literackich – czy to z epiki, liryki, czy z dramatu – to tak naprawdę zwykła popelina, kakofonia pisarska, uprawiana przez baranów, dla baranów. To tłumaczy zresztą, dlaczego w Polsce tak dobrze sprzedają się książki, biblioteki walczą z centrami handlowymi o prym w dziedzinie “najpopularniejsze miejsce dla ciebie i twojej rodziny”, zaś każdy nastolatek obok zdjęć z boskim Matem Pokorą, wiesza na ścianie w pokoju podobizny Dostojewskiego, Kafki czy Witkacego. Poza tym ludzie potrzebują bohaterów, prawdziwych gwiazd, które będą przyświecać, gdy ciemno, przytulać, gdy źle oraz hasać z roznegliżowanymi torsami, gdy na dworze piękna pogoda, a sąsiedzi zjadają zdechłe szczury. Coś w tym jest. Kto z nas nie chciał być małym Copperfieldem z kart powieści Karola Dickensa albo zostać postrzelonym przez wrednego zdrajcę Bogusława, niczym przystojny Kmicic? Czytaj dalej »

Paulina

Dawno, dawno temu ktoś mądry napisał:

Bóg musi mieć boskie poczucie humoru. Poważnie. Stworzył człowieka. Niby na swoje podobieństwo. Ale i tak efekt jest śmieszny, trochę jak z obrazów Salvadora Dali, trochę jak z prozy Mrożka czy Kafki. Mówię o absurdzie, wiję się w nim, doszukuję kontekstów… a jednak, gdy leżę nocą (kolbami w drzwi nie łomocą, toteż mogę leżeć spokojnie), szukam trochę spokoju, normalności (czym jest normalność? Nie wiem. Najprawdopodobniej w ogóle nie istnieje), “Boskiego ładu w chaosie wszechświata”. To jak z szukaniem igły w stogu siana.
Najgorsze, że jak tę igłę już się znajdzie, to po chwili okazuje się włóczka. Albo grabiami. Albo, nie wiem, betoniarką. To jest absurd, jego nie trzeba szukać. Pewne rzeczy dzieją się, bo tak. Zabij je, a one wstaną z martwych i kopną cię w dupę. To, że czasami złamią nogę na twoich pośladkach, to jeszcze nic. Pewne rzeczy mają miliard nóg dla każdego z nas (szybki rachunek: miliard razy sześć miliardów). Ale lepiej nie kuś losu – miliard jest szacunkiem optymistycznym.

No dobra, tego wcale nie napisał ktoś mądry. Tak naprawdę napisałem to  ja. Zresztą raptem kilka miesięcy temu, a nie jakoś dawno, dawno… W każdym razie ten cytat ma Was zachęcić do pomocy. Nic wielkiego, może kilka ciepłych słów, może parę złotówek. Pomocy potrzebuje Paulina, która wcale nie kusiła losu, tylko ten łobuz sam się za nią zabrał. Ale, jak pisałem wczoraj czy przedwczoraj – jesteśmy w stanie zrobić bardzo dużo, jeno tego musimy chcieć.

Chciejmy więc.

http://paulapruska.blogspot.com/ – blog Pauliny, gdzie znajdziecie wszystko, co potrzebne, by pomóc.

http://www.tvn24.pl/2234098,12690,0,0,1,wideo.html - reportaż w TVN 24.

Tym razem do ludu

Ludu drogi! Ludu, który się w Upsurdzie Polskim zaczytuje! Tak liczne Was grono, że gdybym chciał Was zliczyć, musiałbym użyć wszystkich mych rąk! A mam je raptem trzy!

Otóż zapytujecie się mnie, dlaczegóż Upsurd Polski, jest nocnikiem (czyli dziennikiem – teoretycznie – conocnym) aż tak wielce nieperiodycznym. Odpowiem Wam, odpowiem zaprawdę metaforycznie. Otóż Upsurd, jak to nocnik, raz jest pełny, a raz pusty, raz wypełniony po brzegi, innym razem czysty. Niestety, brnąc dalej ową drogą metafory, stwierdzić należy, że to, co tutaj zamieszczam, to zwykłe… nieczystości, które – o zgrozo! – wypadają z mojego mózgu (o czym traktuje poprzedni artykuł) co pewien czas. I rzeczywiście – tak jest. I zatrzymajmy się na tej przenośni, bo kolejna uderzała by w Was, o drogi ludu. Bo niby kto zajmuje się zawartością nocnika?

Tak, to prawda, piszę codziennie. Ba, nocwnoc, rzekłbym, gdyby takie słowo wywalczyło sobie miejsce w słowniku języka polskiego – a nie wywalczyło. Zważywszy na porę, o której miałoby traktować, pewnie akurat spało. W każdym razie nie wszystko, co piszę, nocnik przyjmie. I nawet nie w tym rzecz, że niektóre teksty (czyli tematy, przemyślenia, a nawet słowa) nie nadają się do Gazety, czyli na blog, nomen omen, bo przecież to ja sam jestem głównym odbiorcą tegoż (hm, czy to nie zahacza o solipsyzm? Piszę do siebie per “ludu!”). Po prostu są sprawy, które nie powinny wychodzić poza zeszyt, względnie – najskrytsze zakamarki dysku twardego.

Bo nocnik nie jest do wszystkiego…

O chuciach

Późna pora sprzyja rozmyślaniu. Najprawdopodobniej myśli wszelakie rodzą się cały dzień, pęcznieją w mózgu, obrastają tłuszczem nieświadomości, dojrzewają w wirze codziennych zajęć, by wraz z zapadnięciem zmroku móc wydostać się na zewnątrz – wprost na czystą kartkę. Ów eskapizm myśli wydaje się być kluczowy dla całego wszechświata. Bo ileż jakaś idea może siedzieć wewnątrz, ileż się tam kisić? Dzień, dwa, trzy? Siedzi, pewnie, gra w karty z jakimiś neuronami albo z szarymi komórkami. Wreszcie się nudzi, zniechęca, proces starzenia zostaje przyspieszony wielokrotnie. Nim jeżozwierz zdąży namalować obraz Guernica 2, idea zdycha pod ciężarem nowych pomysłów. Sytuacja się powtarza, powtarza, powtarza… Błędne koło zamknięte, kobyłka u płotu. Czytaj dalej »

Zeszyt z odzysku

Różne rzeczy dzieją się na Ziemi. A to ktoś obiad je, a to ktoś inny ogląda telewizję; świat jest pełen niespodzianek, wystarczy się rozejrzeć!

Którejś z zeszłych nocy obudziłem się i zobaczyłem na drugim końcu pokoju kufer, który emanował dziwną, zielonkawą poświatą. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ów kufer wcale nie miał maleńkich nóżek, a więc nie znalazłem się na kartach powieści Terrego. Szybciutko skojarzyłem fakty (oraz mity, a jakże), by chwilę później dojść do wniosku, że to ów kufer wtargnął do mojej rzeczywistości, ażeby pomieszać mi wszystkie nocne szyki, na czele ze spokojnym snem. Czytaj dalej »