Klamotten, klamotten, tolle Markenkleider

Klamotten, klamotten, tolle Markenkleider
sie sind aus wolle leder samt und seide
alles ist erlaubt grun orange wie fur mich bestellt
ich ziehe heute nur das an was mir so gut gefallt
ich kleide mich modisch schick und extravagant,
zu hause locker aber fur den besuch sehr elegant
jeans sind fur mich ein modischer Dauerbrenner
und ich bin in jugendmode ein guter kenner
Meine Eltern meinen ich sehe frech und schaurig aus
aber ich bin doch keine keine graue maus
Grelle Farben und enge Rocke stehen mir gut
ich trage das alles denn ich habe vi,el mut.

Wenn ist das Nunstück git und Slotermeyer?

Wenn ist das Nunstück git und Slotermeyer?

Projekt Ciocia

Projekt Ciocia.
Już niedługo…

Kto nie jest wrednym…?

Och, och, och!

Kto króliczków nie kochał cudownych,
Szczeniaczka po pyszczku nie głaskał?
Koników
(choćby tych wodnych),
Nie klapał z czułością po zadkach?

Kto nie miłował malutkich świnek,
Żółwia nie drapał po karku?
Kto zalotnych nie stroił minek,
Do rudych wiewiórek w parku?

Kto nie bazgrał na kartkach
“Love”,
myśląc o grubej krówce?
Kto nie miał łapy w majtkach,
Gdy mrówka robiła… to… mrówce?

Kto dłonią lśniącą od potu,
“Animals” w Google nie wpisał?
Kto ulgi nie sprawił kotu?
Kto w lesie nie czochrał lisa?

Kto wreszcie nie żałował,
Gdy zwiała mu sarenka?
Kto lewą ręką malował…
(akt słoni…)
Bo prawa bolała go ręka?

Kto tego nie robił choćby przez chwilę,
Ten nie jest wrednym zoofilem.

Chommik

Obiekt pożądania wielu z nas

Jak być człowiekiem?

Zielony balon

To jest zielony balon.

To jest zielony balon.


W razie czego wiecie, o co chodzi.

Wywiad z Antonim Gambdziakiem

Jak donosi pewien bezwstydny donosiciel, nowa płyta jazzowo-rockowego zespołu heavi-miedziowego z Lubina – The Pumpernikiels “Kocham, więc nie wstydzę się pierdzieć” jakoś tak niedługo ma się ukazać w różnych miejscach. W związku z tym – skądinąd – doniosłym wydarzeniem, nasza redakcja prezentuje wywiad z liderem zespołu, skrzypkiem, tekściarzem i linoskoczkiem – Antonim Gambdziakiem.

Upsurd Polski: Po czternastoletniej przerwie powracacie z nową płytą. Czy to dobry pomysł?
Antonii Gambdziak: Tak. Myślę, że tak. Oczywiście, mieliśmy różne pomysły. Na przykład powrócić ze starą płytą. Ewentualnie nie powracać z nową. Ostatecznie jednak zdecydowaliśmy się powrócić i to z zupełnie nowym materiałem, z czymś, co zaskoczy słuchaczy i na długo pozostanie w ich głowach.
Właściwie nad płytą “Kocham, więc nie wstydzę się pierdzieć” pracowaliśmy od wydania poprzedniego krążka, czyli “Kocham, więc udaję nieżywe truchło”, sądzę zatem, że pod względem dopracowania, nowa płyta nie będzie miała sobie równych.

To ważna deklaracja, bowiem jak wiemy, na płycie sprzed czternastu lat, gdzieś w połowie utworu “Nie wiem, czy twoje uda są szorstkie jak pumeks” wokal zagłuszony zostaje przez odkurzacz albo sokowirówkę.
- Tak, to prawda. Mama akurat sprzątała studio nagraniowe, to musiał więc być odkurzacz lub sokowirówka. Szczęście, że tydzień wcześniej przenieśliśmy studio z toalety. Tam to były dźwięki!

Jakie na przykład?
- No, chrapanie, uderzenia kilofem, krzyki kneblowanych kobiet…

Dobrze, dobrze. Powróćmy do nowej płyty. Czego możemy się spodziewać w warstwie muzycznej?
- Cóż, głównie nastrojowych dźwięków, prostych linii melodycznych, opartych na chrapaniu, uderzeniach kilofem i krzykach… Mówiąc prościej – studio powróciło do toalety. Istnym szokiem dla niektórych, może być odgłos nieczynnej spłuczki. W dwóch utworach słychać też coś jakby skrzypce.
W zamyśle dźwięki mają być spokojne, stonowane, ciche i nastrojowe. Stąd też na przykład kilofem waliliśmy głównie w poduszki.

A warstwa tekstowa?
- Przede wszystkim starałem się w tekstach przedstawić prozę życia codziennego – ucieczki z obozów, uwolnienia z klinczów, nawoływania do przemocy, prace w elektrowniach wodnych… Myślę, że każdy ze słuchaczy odnajdzie w tych utworach cząstkę siebie. Niektóre fragmenty utworów, zaczerpnąłem z prawdziwych książek. Choćby w “Obudź się, bo drwale są u bram” zamieściłem Inwokację z dzieła Adama Mickiewicza, w niektórych miejscach dodając słowo “drwal”. A w utworze “Na pierwszym piętsze coś zjadło wnętsze” refren wziąłem z jednego z pism Parmenidesa.

Tytuł poprzedniej płyty, czyli “Kocham, więc udaję nieżywe truchło” zwrócił uwagę purystów. Ich zdaniem celowo użyłeś w tytule pleonazmu (nieżywe truchło – przyp. red.), by zaszokować. Czy czegoś podobnego możemy się spodziewać teraz?
- Spodziewać się możecie.

Macie jakieś plany na przyszłość? Trasa koncertowa, kolejna płyta?
- Trudno powiedzieć…

Proszę więc wyjąć tę skarpetkę z buzi.
- O. No tak, mamy plany, snujemy je sobie. Nasz gitarzysta (Walery Buc – przyp. red.), ambitny wariat, wie pan, chce nawet wydać kolejną płytę jeszcze przed 2020 rokiem. (śmiech)

Rozmawiał Ron Asmus.

Tracklista “Kocham, więc nie wstydze się pierdzieć”

1. Kocham, więc wstydzę się wszystkiego
2. Obudź się, bo drwale są u bram
3. Moje kochanie, ściąg bluzkę
4. Gdy już zapomnisz…
5. Wyjdź na balkon, a zjem twą mizerię
6. Podniesę się
7. Na pierwszym piętsze coś zjadło wnętsze
8. Przedziałek
9. Mieszkam w domu
10. Uderz muchę
11. Nie odda ci
12. Bo za mała
13. Outro
14. Wiesz, że w mieście żyją ludzie
15. Intro
16. Szesnaście
17. Pod Zaborami
18. Ech.
19. W ukryciu zjedz kozę

Antonii Gambdziak podczas pracy nad płytą

Antonii Gambdziak podczas pracy nad płytą

Tusk w Upsurdzie Polskim!

Czego się przed chwilą dowiedziałem – nie uwierzycie. A jak nie uwierzycie, to co Wam będę gadał…

No dobra, powiem, ale w ścisłej tajemnicy. Tak ścisłej, że hej. Otóż premier Polski, Donald Tursk, może już niedługo zagościć w naszym nocniku (dziennik conocny) – w Upsurdzie Polskim! Tak, tak! Nie przecierajcie oczu, nie stukajcie się w czoło, nie kąpcie się też w kwasie solnym – to nic nie da. Ja nie rzucam słów na wiatr, podobnie jak Jarosław Kaczyński, szef opozycyjnej (opozycyjnej do wszystkiego i wszystkich) partii.

Cytat dnia

Cytat dnia

Okej, trochę konfabuluję, ponieważ Jarek rzekł tylko, iż, cytuję: “Tusk może się obudzić z głową w nocniku”. Niby żadnej głowy obecnie nie potrzebuję – mam swoją oraz kilka egzemplarzy głów – byłych – wrogów, no ale premierowi odmówić nie wy pada. Niechże wpada cały, albo w częściach. Prawdę mówiąc nie interesuję się polityką, nie wiem, co posłowie w sejmie wyczyniają, nie śledzę ich dokonań, porażek czy sukcesów, wierzcie mi lub nie – nie wiem nawet, z kim sypiają (rozumiem, wstyd. Ale mnie to naprawdę nie interesuje), czy mają nieślubne dzieci. Trudno mi także powiedzieć, kto jest matką dziecka Anety Krawczyk.  Salony, wielki świat wielkich ludzi – nie, to nie dla mnie. Ale jak kto chce pogadać, pośmiać się, ma nieco czasu, by deliberować nad sprawami filozoficznymi – nie ma problemu, ugoszczę, nocleg dam, wyżywię. Ba, wychowam także! Donaldzie (chyba mogę zwracać się doń po imieniu?), wskakuj w samolot, czy co tam masz pod ręką (choć jak masz na przykład pod ręką filiżankę albo wiertarkę – nie wskakuj na to. Nic to nie da, z góry mówię) i przybywaj do redakcji Upsurdu Polskiego!

Dziwaków nigdy za wielu!

Ach! Wspaniała wiadomość! Donek w Upsurdzie Polskim!

Ach! Wspaniała wiadomość! Donek w Upsurdzie Polskim!

Zastanawia mnie tylko, dlaczego – Donku drogi – masz się OBUDZIĆ z głową w nocniku… Chyba że będziesz spał w podróży… Bo nie myślisz o hibernacji…? Ty tam lepiej nic nie kombinuj. Przyjedź cały i wyspany.

Limeryk

Pod wpływem środków odurzających i pierogów z borówkami, nocą poprzednią spłodziłem limeryk, stając się tym samym duchowym i lirycznym spadkobiercą myśli Juliana Tuwima (ten notabene urodził się tego samego dnia, co ja – jeno dziewięćdziesiąt kilka lat wcześniej), Wisławy Szymborskiej czy Stanisława Barańczaka, którzy to parali się tym trudnym rodzajem twórczości. (Nie żebym wcześniej limeryków nie pisał – ale tamte zginęły w starych zeszytach; zeżarł je kurz, roztocza, pochłonął marazm…) Mało tego! Albo i nie. Dość tego. Oto limeryk:

Była sobie babka,
Co szturchała dziadka,
Babka zdechła w zeszłą zimę,
Dziadek smutą zrobił minę,
Szturcha go sąsiadka.

Weselę. Się.

Mówią, że lepiej słuchać rozumu niż serca. Tacy jak ja nie mają jednak problemu – z braku alternatywy słuchają tego drugiego.

Więc wierzyłem w odrodzenie polskiej piłki – bo serce podpowiadało mi, że w tym roku musi się udać – jeżeli nie zawojować Europę, to choć zamieszać w – ech, niech ją szlag trafi – Lidze Mistrzów. Lecz pojawił się kolos, nazwa jego to Levadia. Gigant ów przyszedł ze wschodu, wygrał i odszedł. Nie pastwił się nad naszymi grajkami zbytnio, po prostu ukąsił dwa razy. Wystarczyło.
A teraz? Teraz śmieję się do rozpuku. Nie wiem, jak ów rozpuk wygląda. “Dośmieję” się doń, to z pewnością wam o tym napiszę.

Dejwid też nie może uwierzyć

Dejwid też nie może uwierzyć

Śmieję się, bo niby co pozostało? A, pewnie, pozostało nieskończenie wiele czynności, jak choćby wynoszenie śmieci albo przykręcanie karniszy. To jednak nijak ma się do dzisiejszego wiekopomnego wydarzenia.
Najdziwniejsze jest to, że gdy za każdym razem zdaje się, iż polska piłka osiągnęła dno ostateczne, betonowe – to przychodzi kolejny sezon, który mówi: “Słuchajcie! Wystarczy skrobać pazurami odpowiednio długo, by doskrobać się pod dno, tworząc tym samym drugie dno! A później trzecie, czwarte, piąte… Dacie radę!”
Z moich obliczeń i analiz wychodzi, że polska piłka znajduje się gdzieś pomiędzy dnem numer 26151 a 72625. Szkoda.

Ale przynajmniej jest się z czego pośmiać. Rany, jak wiele zależy od nastawienia…
Tylko czasami żal, że śmiechu używamy zwykle w reakcji obronnej – taka mentalna palisada, ostatni bastion przed łzami.

Nic to. Cieszmy się, że mamy mocną koszykówkę, hokej oraz że Kubica pewnie zmierza po tytuł. Jakiś tam tytuł.

Jest tak gorąco…

Jest tak gorąco, że rozpuszczone myśli dryfują po mózgownicy. Uciekają później przez uszy i lecą bezładnie w świat. Nic dziwnego, że czasami wpadnie nam do głowy jakaś dziwna, na pozór z niczym niezwiązana idea. Co się okazuje? Otóż są to… cudze myśli. Pewnie nie raz mieliście coś podobnego. Idziecie do spożywczaka, pod nosem powtarzając listę zakupów. Nagle, ni stąd ni zowąd dostajecie olśnienia: “Tak – konstatujecie gdzieś między bułkami a przyprawą do zup – już wiem, jak doprowadzić ludzkość do czwartego typu w skali Kardaszewa!”. Skaczecie z radości, wymachując łapskami. Na ziemię sprowadzają was dopiero cokolwiek dziwne spojrzenia przechodniów. Kiedy indziej budzicie się nocą z niepokojącą myślą, że zapomnieliście zamknąć samochód. Zaspani, rozczochrani, w piżamie i bez butów wybiegacie z domu, pędzicie co sił w nogach do garażu. Uważacie też, żeby nie potknąć się o tę wystającą płytkę przy wejściu. Nagle – konsternacja. Przecież nie macie garażu. Ba, w ogóle nie macie samochodu.

Czytaj dalej »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.