Różne rzeczy dzieją się na Ziemi. A to ktoś obiad je, a to ktoś inny ogląda telewizję; świat jest pełen niespodzianek, wystarczy się rozejrzeć!
Którejś z zeszłych nocy obudziłem się i zobaczyłem na drugim końcu pokoju kufer, który emanował dziwną, zielonkawą poświatą. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ów kufer wcale nie miał maleńkich nóżek, a więc nie znalazłem się na kartach powieści Terrego. Szybciutko skojarzyłem fakty (oraz mity, a jakże), by chwilę później dojść do wniosku, że to ów kufer wtargnął do mojej rzeczywistości, ażeby pomieszać mi wszystkie nocne szyki, na czele ze spokojnym snem.
Wtem przebiegły przedmiot przerwał moje dywagacje: odezwał się w obcym języku, który brzmiał tak, jakby pijany Węgier próbował zaśpiewać hymn San Marino, zajadając jednocześnie stół szwedzki. Cały. Zdziwiłem się, owszem, bo dotychczas wszystkie napotkane kufry przemawiały do mnie po polsku. Nic to, zwinnie skoczyłem w stronę kufra, złapałem go za wieko, napiąłem wszystkie mięśnie, odtańczyłem taniec radości, zagrałem na harmonijce ustnej, przeczytałem cały “Lód” Jacka Dukaja, a chwilę później wieko podniosło się. Wewnątrz leżał pijany obywatel Związku Radzieckiego, mamroczący coś o Iwanie Mocnym, Łajce oraz o wulkanach na Kamczatce.
- Ej, ty – lekko szturchnąłem Ruska, który chrapał i zdawał się być z tego faktu wielce ukontentowany. – Ej, Rusek! – rzekłem nieco głośniej. Wtedy pijak otworzył jedno oko, jakby chciał pokazać: a) brak synchronizacji oczu, b) mnogość tych narządów, c) lekceważenie mnie, d) oko.
- A – powiedział po polsku przybysz zza wschodniej granicy. Reszta słów jakie wypowiedział brzmiała nie lepiej, niż monolog kufra, z tym, że Rusek naprawdę był pijany. Oraz nie zjadał stołu szwedzkiego. Natomiast finał spotkania był taki, że potomek Lenina, Stalina – a sądząc po obliczu również bliski krewny Breżniewa, Chruszczowa i Łajki – wyciągnął zza pazuchy znajomo wyglądający zeszyt i podał mi go. Następnie zatrzasnął wieko, a zielona poświata zniknęła. Notabene sam kufer też.
Ja natomiast przyjrzałem się zeszytowi, przetarłem zeń kurz, a następnie otworzyłem na załamaniu. Oto, co przeczytałem:
- Dzień dobry. Są krowy?
Sprzedawca popatrzył na wysokiego bruneta ze zdziwieniem.
- Krowy?
- Tak, krowy.
Sklepikarz był zdziwiony i oburzony. Boże, co to za pytanie, pomyślał. Mam chyba do czynienia z wariatem!
- Przykro mi, ale to sklep z bykami – odpowiedział z wyrzutem. – Z krowami jest naprzeciwko. Radzę dokładnie przyglądać się szyldom nad drzwiami wejściowymi. W kolejnym sklepie mogą nie potraktować pana tak miło jak ja.
- Oczywiście, przepraszam najmocniej.
Brunet wyszedł na łąkę nieco zawstydzony popełnioną gafą, po czym rozejrzał się i stwierdził, że został oszukany – przed nim stał tylko ubrany w potargany sweter i jeansy, bosy człowiek. Obrócił się, chcąc jeszcze raz wejść do czerwonego sklepu z bykami, aby złożyć reklamację, ale w miejscu, gdzie niedawno widniały drzwi wejściowe, teraz stał kosz na śmieci. Brunet podniósł pokrywę. Na spodzie kosza leżał garnek. Wyciągnął naczynie, a następnie wszedł do niego.
- Tak bez wycierania butów? – bosy człowiek pacnął się w czoło, po pierwsze, by zaakcentować głupotę bruneta, z drugie zaś, aby rozgnieść mały, czerwony sklep, który źle robił na cerę.
Kolejna bezsenna noc. Dwie chwile przed świtem.
Na tym ta miniatura literacka się skończyła, a ja zamknąłem się w kufrze, który niepostrzeżenie zajął miejsce łóżka. Od tamtej pory pojawiam się nocą w różnych domach, by rozdawać nieznajomym zeszyty. Dobra robota, choć może nieco monotonna.
Zamieszczony w: Galaktyka, Opowiadania, Polska, Świat | Otagowane: 2003, absurd, Długopis, gołe udo, kartka, kufer, kuropatwa, noc, obłęd, ranek, Rosja, Rosjanin, zeszyt
To mój kolega jest
Brawo Hubek.
Kubek?
Ubek.